Rouen

Rouen

środa, 22 marca 2017

Adoramus Te!

Czy naprawdę warto było się tak trudzić? Najpierw z wnętrza ziemi wyrwać chropowaty, o różnych odcieniach bieli kamień, a później, ociosany i już wygładzony, "jak przepaść odrzucić ostrołukiem w górę”? Całość zamknąć sklepieniem, a przenikającemu przez okna i rozety światłu powierzyć misję, co najcichszą z ciszy, rok w rok objaśniać będzie Boską pracę Wcielonego Słowa? By utkana z kamienia szata stała się odtąd okryciem dla sponiewieranego na Krzyżu Ciała, strażnikiem zawieszonej na szczycie belki tabliczki z wypisanym w 3 językach tytułem winy: "Iesus Nazarenus Rex Iudaeorum”?


Czy nie można było inaczej, prościej, skromniej? Czy naprawdę nie wystarczył pusty grób, że trzeba było jeszcze nad nim wznosić bazylikę, misterny ciąg korytarzy, podziemnych przejść, obejść, wieńca kaplic, z całym przepychem pokrywających ściany i sufit zdobień? Czy nie wystarczyła przykryta białym obrusem "pełna kamiennego sensu" płyta ołtarza, to symboliczne "pole walki", na którym nasz Pan i Zbawiciel zwyciężał za nas?
Wówczas przecież zbierane każdego roku denary, wonności czy inne "kosztowności” można by "rozdać pomiędzy ubogich", zbudować kilka klinik albo choćby jakiś skromny sierociniec?


Tyle już lat minęło od tamtej godziny, "w której mrok ogarnął całą ziemię, słońce się zaćmiło, a zasłona przybytku rozdarła się przez środek" (Łk.23.44), a wciąż wracają pytania Judasza, lepkie wiarołomstwo "uczonych w Piśmie", niedowiarstwo tłumów. I jak każdego roku i dziś ten rytuał ciszy i słów, ognia i wody z całą głębią zawartej w nim symboliki (bo która miłość nie szuka pełni swego wyrazu?) stanie przed trybunałem ludzkiej "sprawiedliwości" czyli przewrotności.
Bóg sądzony przez człowieka! Sąd, na który człowiek, gdy już raz się poważył, powtarzać go będzie już każdego roku.
A przecież sądzić Boski Plan, to jakby przyrodzie kazać tłumaczyć się z tego, że wiosną zakwita kwiat, trawa się zieleni, i że na miłość odpowiada się miłością...
(Jak gdyby tamtej Miłości, co raz na zawsze zdjęła ciążącą nad nami winę, czegoś jednak brakowało. Jakby nie dość było w niej szaleństwa?)


Katedra, a u początku wędrówki ku przecinającym się, niewidocznym z tego miejsca ramionom naw, utkana z kamienia sieć labiryntu - obraz drogi, życia wiarą.
Droga prowadzi ciemnym korytarzem lecz śmiałkowi, co "położył rękę na sercu, otworzył oczy szeroko i skoczył" drogę oświeca płonący tu Ogień. A na umownym jej końcu - Rozwiązanie sprzeczności, Wymazanie wszystkich pytań, Wiecznotrwała Radość, Ostateczne Zwycięstwo!

Dlatego (moje kochane Dziecko)
"Wiary dziś życzę Tobie, że zostanie
[Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament]
Bo na tej ziemi jesteś po to właśnie
By z ognia zgliszcza
Mógł powstać dyjament
Wiekuistego zwycięstwa zaranie”

Adoramus Te, Christe, et benedicimus Tibi.
Quia per sanctam Crucem Tuam redemisti mundum!

piątek, 6 stycznia 2017

Droga.

Powstań! Świeć, bo przyszło twe światło 
i chwała Pańska rozbłyska nad tobą. 
Bo oto ciemność okrywa ziemię 
i gęsty mrok spowija ludy, 
a ponad tobą jaśnieje Pan, 
i Jego chwała jawi się nad tobą. 
I pójdą narody do twojego światła, 
królowie do blasku twojego wschodu. 
Podnieś oczy wokoło i popatrz: 
Ci wszyscy zebrani zdążają do ciebie. 
Twoi synowie przychodzą z daleka, 
na rękach niesione twe córki. 
Wtedy zobaczysz i promienieć będziesz, 
a serce twe zadrży i rozszerzy się, 
bo do ciebie napłyną bogactwa zamorskie, 
zasoby narodów przyjdą ku tobie. (Iz. 60.1-4)

O czym, jak nie o Drodze i odkrywaniu prawdziwego jej sensu jest dzisiejszy dzień?
Ku czemu bowiem innemu, jak nie ku poznaniu zakrytej przed nami (ale tylko do pewnego momentu dziejów) Prawdy wiedzie ta Droga? Nie każda, co podkreśla pisownia, lecz tylko ta, której świadkami byliśmy dziś my, wsłuchujący się w opis wędrówki Mędrców.

I cóż innego, jak nie wytrwałość przynosząca w darze błogosławione tego poznania owoce warte jest naśladowania?
I czego jeszcze, jak nie wspaniałomyślności uczą nas oddający dziś Nowonarodzonemu, a przecież Wiecznemu Królowi hołd - Mędrcy?

Dlatego dobrze jest, kiedy Ci, którzy wykonali już swoją pracę i posiedli owoce mądrości dzielą się nimi z nami. Ich przesłanie jest wciąż aktualne, czego dowodem setki rozsianych po Europie katedr a także tysiące innych, mniejszych niż katedry, świątyń. One to są jak studnie na pustyni. Ale są nimi tylko dla tych, co w Drodze. Dla ludzi z “plemion osiadłych” będą zaledwie galerią rzeźby, muzeum, misternie zdobioną, kamienną szkatułą. I niczym więcej…
Więc dobrze, gdy będziemy przyglądać się im z uwagą.
I jeszcze lepiej - gdy zechcemy ich naśladować…


Na końcu tego dzisiejszego, królewskiego, jak by nie było, orszaku - bo mówiąc, że mnie tam nie ma, czy też żem niegodny - skłamałbym, idę i ja.
A Tych, których spotykam tak dziś, jak i na trasie moich katedralnych wypraw, którzy opiekują się mną czy to od "środka", czy też towarzyszą mi “tylko” z pewnego oddalenia  - pozdrawiam.
Wam zaś, którzy przyjmujecie mnie pod swój dach i gościcie z przepychem godnym królów - dziękuję i zapewniam o pamięci.
Na drzwiach tego, co zwykło nazywać się mieszkaniem serca, drżąca i mało wprawna ręka rysuje pierwsze litery drogich mi Imion...
Polecam Je opiece Tego, Któremu jako Jedynemu - Wszelka Cześć, Chwała i Uwielbienie.
Teraz i na wieki.

Dziękuję Wam i Pozdrawiam.
Z życzeniami Dobrej Drogi.

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Księga Słońca.

Słonku mojemu. W dniu Jej imienin.

Zima tego roku za strój wybrała sobie na prawdę wyjątkowo skromne odzienie. Czyżby pozazdrościła negliżu uczestniczkom konkursów piękności i sama zaplanowała wziąć udział w jakichś ludowych, karnawałowych miss-teriach?
Skutkiem tych dziwnych i nieodgadnionych zamiarów każdej w zasadzie z pór roku, zamiast śniegu, dyskretną bielą przykrywającego rozkopane chodniki i strzegących dostępu do autobusowego przystanku zasp, przez cały niemal tydzień pada deszcz. Żeby choć jeszcze deszcz ze śniegiem ale nie - sam deszcz! Pada od dni - ilu? - sam już nie wiem. A słońca - kiedy widzieliśmy je ostatnio? - jak na lekarstwo.
NIc więc dziwnego, że nasze myśli biegną na drugą stronę tej z wody i materii czasu utkanej kurtyny, ku niebu czerwcowemu i kilku jego pogodnym odsłonom. Bo to nie tak, że w ciągu tych ponad 3 tygodni nie mieliśmy ani jednego dnia, w którym słońce nie ukazałoby nam swojego pogodnego oblicza.

Mimo tego, że przy bohaterkach poprzedniej lektury - deszczu i wietrze, Księga Słońca wyglądać będzie, jak mocno zużyty, biblioteczny egzemplarz szkolnej lektury (tak, niestety, tym razem będą to na prawdę okładki a pomiędzy nimi kilka luźnych kartek), mamy oto szczery zamiar ją Wam przedstawić.

Po tym, jak już w Reims chmury zaczęły przybierać barwę roztopionego - choć przecież nie skutkiem panujących temperatur - ołowiu, postanowiliśmy udać się dalej, bardziej na południe. Zgodnie z resztą z wcześniejszym planem, tyle że nie przewidywał on aż tak gwałtownych, jak obecne, ruchów.
Z Chalons-en-Champagne przez Langres (Katedra św. Mammesa), pociągiem (bo wciąż pada) docieramy więc do Dijon (także tu witają nas deszczem).


Po wizycie w Katedrze św. Benignusa i pobliskiej, całkiem niepozornej przy niej Notre-Dame, pozostawiając na okoliczność kolejnego tu pobytu inne szacowne i warte uwagi zabytki, tuż koło południa wsiadamy na rower i wyprawiamy się do Auxonne. Tam także oczekuje nas nie mniej piękna, co widziana tu w Dijon, Piękna Pani i równie jak ta tutaj - filigranowa.
W drodze do Chalon-sur-Saône (także tam będzie padać) jedziemy najpierw do Autun. Katedra Św. Łazarza - w przeciwieństwie do pogody - jest niezwykle piękna, dlatego dotarcie do niej uznaliśmy za warte każdego trudu. 


Także tu, w Autun, pada, a jakby tego było mało, jakiś obdarzony wyjątkową wrażliwością artysta (ale nie legendarny Gislebertus) na środek placu dostawił jeszcze jedno źródło nieustannie szemrzące strumieniem wody.
Po wyjeździe z Chalon-sur-Saône jakby trochę się rozjaśnia i na czas jakiś (jak się wkrótce okaże - całkiem niedługi) przestaje padać. Przez Cluny (tak, właśnie to legendarne Cluny) i Tournus zmierzamy do Lyonu. 
I tu właśnie, w Lyonie, stroną tytułową otwiera się "Księga Słońca"!



Lyon. Sobota. Mija tydzień od wyjazdu z Reims. To tu, na kilka kilometrów przed wjazdem do miasta słońce ukazuje się w całej swojej krasie i, z krótkimi przerwami, stan taki utrzyma się przez 3 najbliższe dni, choć pod wieczór niebo znowu zaciągnie się chmurą i popada sobie do ranka.



Niedziela. Dzień pogodny i słoneczny. Katedra św. Jana Chrzciciela. Przed katedrą plac a na nim kiermasz i towarzysząca mu hałaśliwa, muzyczna oprawa. (Artysta wykonujący cover Boba Marleya’a brzmi wprawdzie mało odpustowo ale całkiem wiarygodnie).


A to? Czyżby brama do wnętrza Ziemi, droga na skróty? Nie, to zdjęcie "konkursowe", które wystawiłem z zadaniem odszukania mojej podróżnej machiny. Konkurs nie wyłonił zwycięzcy. Czy stało się tak z powodu braku zainteresowania nagrodą czy faktu, że jej nie ustanowiłem? A może dlatego, że wypatrywaliście pojazdu objuczonego sakwami? Nie wiem.


Jesteśmy w Vienne. 30 km na południe od miasta Lyon. To najdalej na południe wysunięty punkt na trasie. Stąd zakręcamy na zachód i przez Saint-Etienne (tam znowu będzie padać), Montbrison i Thiers docieramy do Clermont-Ferrand.


A tuż przed Thiers, "w nagrodę" za trud tak wielu na tym etapie podjazdów taki oto ukazuje się naszym oczom widok. I nie powiem, nogi się lekko ugięły...


Katedra Notre Dame w Clermont-Ferrand, pierwsza tego imienia od momentu opuszczenia Reims i widok w dół, na deptak, po którego obu stronach pod osłoną świateł nocy i kawiarnianych lampionów kwitnie bujne i hałaśliwe życie. Już trwa Euro a z nim niekończące się dyskusje, komentarze, spory.


W  Clermont wsiadamy do pociągu, który, mimo trwającego w całej Francji strajku kolejarzy, dowiezie nas do Nevers. Jest czwartkowe, słoneczne przedpołudnie, ale wokół katedry i oplatającej ją sieci uliczek dzieje się niewiele. 


W cieniu Katedry, kilkaset metrów stąd, w kaplicy dawnego konwentu Sióstr Miłości, w szklanej trumnie spoczywa ciało Bernadetty Soubirous, świętej Kościoła Katolickiego. Cisza, jaka tu panuje, zdaje się być wielkością niemal fizyczną, czymś, co chroni delikatne ciało Świętej w sposób bardziej wyrazisty i bezpośredni, niż szyba relikwiarza. Bernadetta, młynarka z Boly, pasterka owiec - Święty Motyl na Bożej Łące, Zdobycz Miłości Oblubieńca z Pieśni nad Pieśniami...


To był zaiste wyjątkowy dzień a panowanie słońca trwało przez całą drogę z Nevers aż do La Charité-Sur-Loire, a nawet jeszcze dalej, aż do noclegu nad brzegiem ciągnącego się wzdłuż nurtu Loary, spławnego kanału. Lecz w Saint-Benoit nastąpi kolejne tąpnięcie pogody, które, z niewielkimi  przerwami potrwa aż do Chartres.
A dziś już zamykam naszą (a teraz także i Waszą) "Księgę", "Umowną Księgę Słońca", lecz czynię to w przekonaniu, że już wkrótce ujrzycie jej okładkę i niebo malowane czystym błękitem. Niebo, które można zobaczyć nigdzie indziej, tylko w Pikardii.
ps. dziś po raz pierwszy od kilku dni zaświeciło słońce.

czwartek, 1 grudnia 2016

Notre-Dame de L'Épine - Księga wiatru, księga deszczu.

Reims - Val de vesle - L'Épine.
W poniedziałek po Niedzieli Bożego Ciała (we Francji Boże Ciało jest obchodzone w Niedzielę) zwijam wciąż mokry po 2 deszczowych nocach namiot. Jadę do L’Épine, jednego z wielu miast Europy, stanowiącego stację na Camino, drodze, jednej z wielu, łączących najodleglejsze krańce średniowiecznej Europy z Santiago de Compostela. Położony mało dogodnie, bo aż 20 km od centrum miasta (Reims) kemping żegna mnie potokiem łez. Pada, choć z przerwami, od wczoraj. I zdarzy się tak, że w ciągu kilku najbliższych dni poziom wód w okolicznych rzekach i kanałach osiągnie w wielu miejscach stan krytyczny.


Jadę do… no właśnie. Dokąd? Deszcz i silne porywy wiatru, sprawiające, że woda wyrzucana przez przednie koło wraca z powrotem na rowerzystę (ach, te widowiskowe, pierwsze miejsca!) sprawiają, że początkowe założenia stają pod znakiem zapytania. Ale nic to, jedziemy! Na końcu pierwszej części dzisiejszego etapu, 25 km dalej, czeka mnie bazylika Notre Dame de L’Épine, perła gotyku płomienistego, ostatnia odsłona stylu z jego obsesyjną wręcz tendencją do “ostatecznego wydelikacania” elementów dekoracyjnych. Mamy zamiar dotrzeć tam na Anioł Pański czyli w samo południe. A co dalej, zobaczymy.


O istnieniu bazyliki dowiedziałem się dość niedawno, tym razem z innego, niż moja Encyklopedia Gotyku, źródła. 
Warto będzie do niego zajrzeć nim jeszcze znajdziemy się na dziedzińcu, nim przekroczymy granice światów.

Notre-Dame de L'Épine czyli bazylika na cierniach. Taką bowiem “szatą" okrywało się pierwotnie miejsce, na którym w początkach XIV wieku postanowiono ufundować i wznieść świątynię.


Przy wjeździe do miasteczka zadziwia prowadząca środkiem dość niskiej i pospolitej zabudowy szeroka promenada. W całym pejzażu bazylika jawi się jak olbrzymi okręt, który przybył tu w ramach planu ”Korona Katedr” i tylko na chwilę zacumował pośród kilku małych rybackich łódek. I wielkie zdziwienie (postanowiłem bowiem nie przestawać się dziwić), że nie ma w pobliżu nikogo, kto choćby tylko udawałby zainteresowanie obecnymi na (i pod) pokładem Okrętu skarbami. Nikogo, nawet przygodnego widza.
Stoję więc przed portalem bazyliki, trochę jak przed porzuconą przez ślubny orszak Panną Młodą. A dokoła brzemienna smutkiem i granicząca niemal z rozpaczą cisza. Padający bez ustanku deszcz i nikogo wokół, kto by pocieszył…


Ale już za chwilę, po przekroczeniu progu bazyliki wszystko się zmieni. I będzie już tylko niemy zachwyt. Notre-Dame de L’Épine - miejsce, jakby podsumowanie trudu innej drogi, obraz innego wejścia i towarzyszącego tamtemu, cudu. "I wziął z sobą Piotra, Jana i Jakuba i wyszedł na górę, aby się modlić."
Lecz czy będąc tu miałbym naprawdę o tym "nikomu nie mówić ", miałbym milczeć? Nie, to byłoby wręcz niewykonalne!


Próbując zrozumieć, dlaczego bazylika w L’Épine nie znajduje się w moim Przewodniku, skazany jestem wyłącznie na domysły. A zatem to ani kwestia smaku ani tego, że autor Mapy Gotyku nigdy nie pofatygował się tu osobiście. To raczej wynik nie dających się spełnić surowych kryteriów “gotyckości” przez samą "jej wysokość" bazylikę (ukończenie prac budowlanych - 1529).


Kiedy juz upewniłem się, że jestem sam, a jedyne dźwięki, jakie mnie dobiegają, to krople bębniącego w okna i dach deszczu, ośmieliłem się…
Bo kiedy jest się w Przestrzeni Rzeczy i Spraw Wiecznych, naprawdę nie da się inaczej.
I popłynęły przez środek kamiennej nawy dźwięki tej pełnej słodyczy strofy, co dla mnie jest jak modlitwa dziecka:
"Salve Regina…"
Pieśń weselna dla Panny Młodej...
Notre Dame na cierniach… 

poniedziałek, 31 października 2016

La Charité-Sur-Loire

Przyjacielowi. W Jego pracowni.

Loara, “wszystkie soki z drzew spłynęły tą rzeką…" Tak, wiem, powtarzam się lecz ze słów tych, jak z wyznania miłości nie trzeba się tłumaczyć. Co poradzę, że właśnie ta Rzeka - Królowa rzek Francji, ma taką nade mną władzę? Jednak to nie właściwość rzecznego nurtu, który miejscami zdaje się nawet przysypiać lecz wzniesione w pobliżu cuda architektury każą trzymać się brzegów tej rzeki. Najczęściej - prawej jego strony.


A niektóre z mostów, jak ten tu, są tak stare, że pamiętają czasy może nawet Stuletniej Wojny.
Napisałem - Loara? I - cuda architektury? Jako że podręczna encyklopedia swoją notkę o Loarze sprowadza głównie do informacji o występującym w środkowej części biegu rzeki zespole gotycko-renesansowych zamków, dodam, że w liczbie wcale nie mniejszej, a na pewno w sposób bardziej czcigodny "występują” tam także klasztory, bazyliki i katedry. I to w obu godnych naszej uwagi odmianach stylowych: romańskiej i gotyckiej!


Jest czwartek, piękne (to ważny szczegół), słoneczne popołudnie. Właśnie wyjechałem z Nevers i kieruję się w stronę Orleanu. Już wkrótce, na kolejnym kilometrze odnajdę Rzekę i tak - ja jadąc, a ona - flirtując, będziemy mieli na siebie oko. Z krótkimi przerwami - aż do samego Orleanu.

Droga będzie wiodła przez La Charité-sur-Loire i Saint-Benoit - również "sur-Loire", gdzie zatrzymam się na nocleg. To jednak plan dopiero na jutro. Dziś jeszcze spotykam Alberto, młodego chłopaka z Meksyku, który podróżuje podobnym, co ja, czyli napędzanym pracą mięśni, siłą woli i pasją - veloci-raptorem, a w drodze - oczywiście z przerwami na nocleg - jest od 3 lat. Razem podjedziemy kawał drogi wspomagając się na żmudnych podjazdach, "ścigając" po ich drugiej stronie. Wieczorem, jak na prawdziwych awanturników przystało - nad brzegiem kanału rozbijemy namioty i będziemy szukać prawdy w butelce czerwonego, “wytrawnego". Jutro w południe, w Briare, nasze drogi się rozjadą: Alberto pomknie w stronę Paryża, ja udam się na spotkanie z pewnym "starym opactwem”. Nad Loarą, oczywiście.


A dziś, a teraz - La Charité-sur-Loire!
La Charité. Uwagę podróżnego przykuje ta właśnie część nazwy: la Charité. Brzmi dość niecodziennie, wręcz ozdobnie, “koronkowo”. A dla kogoś, kto choć raz w życiu spotkał się z łacińskim “caritas” - także uroczyście, wręcz podniośle. I choć podręczny tłumacz poda nam, owszem, kilka praktycznych tego słowa zastosowań: życzliwość, dobroczynność, miłosierdzie, to jednak całe bogactwo znaczeń odsłoni przed nami dopiero 13 rozdział 1 Listu do Koryntian: "Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał…”
Tak, la Charité, to przecież pierwsze z przykazań! "Będziesz miłował...!” La Charité, które jest przecież niczym innym, jak łacińskim Caritas - imieniem samego Boga: "Deus Caritas est”!


Lokalny przewodnik przemianowanie starożytnego Seyr na La Charité przypisuje w inicjatywie zatrzymujących się tu w drodze do Santiago, pielgrzymów. I w zasadzie nic w tym chyba dziwnego: gdy fundacja klasztoru poświęconego w roku 1076 przez papieża Paschalisa, w połączeniu z odnową pozostałych domów kluniackiej kongregacji poczęła wydawać słuszne owoce reformy, pierwszymi, którzy ich kosztowali, mogli być właśnie przybywający tu, do Seyr, pątnicy.

Jeśli zatem zgodzisz się ze mną, że obecna nazwa miasta jest czymś więcej, niż tytułem opiewającego piękno lokalnego krajobrazu sonetu, zatrzymajmy się. Choćby na chwilę.


Wjechawszy przez wąską uliczkę na kościelny dziedziniec - tym właśnie zdawał mi się być ów przestronny plac, z obu stron otoczony mieszkalną zabudową, od frontu zamknięty jedyną ocalałą wieżą (z drugiej - jej fragmentami), jeszcze czas jakiś miałem pozostać nieświadom faktu, że właśnie zaparkowałem w połowie długości tego, co w okresie największej świetności opactwa było nawą świątyni. Świątynia zaś, o czym nadmieniam nie tylko z kronikarskiego obowiązku, była pod wezwaniem dwojga imion: Krzyża Świętego i Notre Dame.


Być może dlatego widok z tego miejsca (zanim wejdę do środka, odpocznę, zjem coś) na stronę przeciwną ani przez chwilę nie dawał mi spokoju. Było w całym obrazie coś dziwnego, niepokojącego. Na fragmentach muru obecnej zabudowy, w sposób dość regularny rysowały się wyraźne ślady łuku, typowego łuku gotyckiej arkady. Nieco wyżej, ale tylko w części muru - podokienna arkada, od zewnętrznej strony zamurowana. Przeczucie powoli stawało się pewnością. Pierwszą reakcją po wejściu do świątyni był szok: a więc to prawda - większość z 10stanowiących ongiś przęseł nawy po prostu zniknęło, “wyparowało”. Informator turystyczny nic nie wspomina o przyczynach tej katastrofy, wzmiankuje jedynie, że w 1538 miasto nawiedził ogromny pożar, niszcząc znaczną część miejskiej zabudowy.



By wejść do świątyni przez obecną, znacznie skromniejszą - bo pozbawioną gotyckiego portalu i jego ornamentu - fasadę, trzeba było pokonać kilka stopni. Lecz po co stopnie w tym miejscu, pytałem siebie? Odpowiedź znalazłem w głębi nawy, u podstawy jednego z filarów. Na zdjęciu widać wyraźnie, że "pierwsze rzeczy” czyli posadzka, znajdowała się prawie metr niżej, niż obecna!


W głębi lewej nawy - tympanon. Górną cześć kamiennej płaskorzeźby zajmuje scena Przemienienia, zaś dolna przedstawia Pokłon Mędrców i Ofiarowanie Dzieciątka w Świątyni. Przedstawienia te nawiązują do treści ustanowionego w roku 1132 liturgicznego obchodu Uroczystości Przemienienia Pańskiego i pierwotnie stanowiły część nieistniejącego już gotyckiego portalu, po zachodniej jego stronie. 


Kolejne poziome rzuty planu kościoła, to ilustracja zmian, jakim w czasie X wieków swojego istnienia ulegała świątynia.


Podążając za kolejnymi obrazami, czy nie odnosimy wrażenia, że cała budowla “rosła” jakby na podobieństwo ludzkiego ciała? Od wieku “dziecięcego" przez młodzieńczą żywiołowość i pęd (także ku górze), aż do stanu pełnej dojrzałości, by od pewnego momentu zacząć się kurczyć, a na koniec “powrócić” do rozmiarów niemal początkowych?


Niełatwo przyszło mi pogodzić się ze wszystkim, co w życie tutejszej Notre Dame wniosły dziejowe burze. Dziś lubię sobie wyobrażać, że w porze, powiedzmy tuż po komplecie - czyli bliżej snu niż kolacji, mieszkańcom tej osobliwej, mieszkalnej “galerii” daje się słyszeć nie dający się niczym zagłuszyć (lecz zarazem nienaruszający reguł nocnej ciszy) śpiew. Jak przed wiekami tak i teraz - 7 razy na dzień rozbrzmiewająca psalmodia, miłosna pieśń "Oblubienicy Baranka”. 
I że Odpowiedź jest w drodze…

“Zaiste, przyjdę niebawem”...

środa, 5 października 2016

Czy smoki istnieją naprawdę?

z podziękowaniem:
Łukaszowi za inspiracje,
Julkowi za wprawki z logiki i artystyczną wrażliwość,
Justynie, że zabrała mnie do Laon i jeszcze dalej.

"Baśnie są bardziej niż prawdziwe, nie dlatego, iż mówią nam, że smoki istnieją ale dlatego, że uświadamiają nam, iż można je pokonać" G.K.Chesterton.


Myśl nieocenionego Pana Gilberta biorąc za przewodnika, a dekor z posadzki kaplicy katedry w Laon (nieco “udramatyzowany”) czyniąc tłem, wolni od trwogi, jaką w wieku dziecięcym budziło słowo “smok”, spróbujmy podążać za postawionym w tytule pytaniem.

Lecz “spróbujmy” wcale nie oznacza zwykłej w przypadku takich, jak to, wyzwań, asekuracji. “Spróbujmy”, bo - nie uprzedzając faktów - może się okazać, że spór o istnienie smoka zaprowadzi nas nie tam, gdzie jest to, czego szukamy ale tam, gdzie znajdziemy coś, czego znaleźć wcale się nie spodziewaliśmy.
I to bynajmniej nie tylko dlatego, że jak słusznie zauważa cytowany Pisarz, "smok bez świętego Jerzego jest co najwyżej… groteską”.

Wsiądźmy więc na nasz rydwan i jedźmy (w inne miejsca pozwalając się podwieźć)! A jeśli jest ktoś jeszcze, kto w tej pełnej niebezpieczeństw podróży nie boi się wziąć udziału, nie boi się spotkać tego, któremu ani nie można spojrzeć w oczy (bo ich nie ma) ani zapytać o drogę (bo to notoryczny kłamca i kanalia), niech się do nas przyłączy teraz!

Pierwsze zadanie, jakie przed nami staje, to obudzić drzemiącą w sobie dziecięcą, nawet jeśli trochę naiwną - nie szkodzi - czujność. Liczyć się też będzie chęć odzyskania - cecha również właściwa dzieciom - artystyczna wrażliwość na wszelkie przejawy smoczej obecności i aktywności.


Ikonografia wieków minionych, szczególnie ta z “epoki katedr” z całą powagą i wyrazistością ukazywała, nie szczędząc najdrobniejszych szczegółów - brzydotę smoczej urody. 



Jednak trzeba tu zaznaczyć, że mistrzowie (pseudo)przekonujących rekonstrukcji wieku XIX, umieszczając niemal na każdym poziomie świątynnego muru, w każdym jego załomie, na poddaszu, jak i w podziemiach gargulce, chimery, czy inne paszcze, dali się nieco ponieść fantazji. W swoich poczynaniach - jak gdyby pierwszym ich celem miało być przerażania nas - “powoływali” do życia coraz większą i większą liczbę pasujących do powyższej charakterystyki postaci.

Spróbujmy więc rzucić na “materię” wyjściowego pytania trochę światła. Uczyńmy to jednak ostrożnie i z wyczuciem, by - jak latem nadmiar wody, co wpłynął i zmienił nasze plany, tak teraz zbyt duża ilość obrazów i słów nie zamieniła naszego “dowodu" w rejestr podróżnych strachów.

Przed nami kilka scen pełnych ruchu i napięcia, choć miejscami ruch zdawał się będzie na chwilę, jakby w oczekiwaniu na coś ważnego, zastygać.

Chrzcielnica.
Tak właśnie zapamiętałem katedrę Saint-Bénigne w Dijon. W północnej nawie, u jej początku, stoi prawie niewidoczna dla wchodzących (od strony zachodniej jest bowiem tylko jedno, centralne wejście) - chrzcielnica. Tym, co w niej niezwykłe, to mechanizm unoszący pokrywę chrzcielnej beczki. Wszystkie elementy konstrukcji wykonane z żelaza, całość zaś posiada bardzo osobliwy “napęd”. 


Jest nią postać smoka, znacznie mniejszego, niż nadzorujący jego pracę anioł. Co w tym niezwykłego? Z pewnością nie tylko zręczność formy i rzemiosła Artysty ale chyba także odwaga Zamawiającego, który do obsługi tej niezwykle czcigodnej konstrukcję wprzągł właśnie smoka. Wyobrażenie tej samej istoty, od czynów której w czasie chrzcielnej liturgii  się odżegnujemy! Jednak w tej pracy smok (diabeł) znajdując się jakby "na uwięzi”, jakby zdawał się już nie posiadać władzy szkodzenia. Artysta wykazał się w swojej pracy biegłością, Zamawiający (nie wiemy, kim był ani jeden ani drugi) - pomysłowością.

Lektorium.
U Notre Dame w Auxonne spotykam inną, alegoryczną i jakże pełną symboliki scenę. Oto pochodzące z XVI wieku lektorium! Na solidnym, ukruszonym już przez ząb czasu cokole przysiadł orzeł - wyobrażenie prawdy i lotności umysłu (ducha).

 
I dopiero z bliska spostrzegam, że między szponami orła znajduje się jakiś mały stwór. To smok! Smok jest całkowicie unieruchomiony i bezradny, ponieważ orzeł stojąc na jakimś przedmiocie (skale, głazie?) przytrzymuje rozpięte pod swoimi szponami smocze skrzydła. Tryumf Orła - Strażnika Prawdy nad ojcem kłamstwa i herezji, które symbolizuje smok - jest przesądzony.

Kapitel.
Do Saint-Benoît-Sur-Loire docieram w piątkowy wieczór. Jestem pełen nadziei, że tym razem go odnajdę. Nie jeden z wielu, ale ten jeden, który przeoczyłem będąc tu rok wcześniej; kapitel, na którym artysta, może z X, a może z wieków jeszcze wcześniejszych wyobraził walkę anioła z diabłem o duszę... Maxa Jacoba. Tak, Maxa Jacoba! Podążam bowiem śladem metafory, która w tej właśnie scenie kazała Poecie widzieć losy innego poety - Maxa Jacoba. Jego doczesne szczątki pogrzebali Benedyktyni, jeszcze za życia czyniąc go jednym ze swoich, na lokalnym cmentarzu.



“Wynik tych zapasów nie został ogłoszony, jeśli nie wziąć pod uwagę sąsiedniego kapitelu”, który skierowany jest do wnętrza narteksu. Lecz to nie brak światła w podcieniach a zniszczenia kamiennej tkanki powodują, że sceny tej nie da się odczytać inaczej, jak tylko wszelki sąd nad nią zawieszając.
Cisza myśli i bezruch zdają się być tu częścią tego samego równania, w którym wszystko, co da się wyodrębnić i nazwać, na imię ma “teraz”.


Jeszcze nie wiem, że przez kilka najbliższych godzin, w tej chwili z miejsca, w którym stoję, a nocą - z wysokości okna gościnnego pokoju, którego użyczyli mi gościnni Ojcowie, pośrodku letniej burzy, w tej samej scenerii, która towarzyszyła ostatnim chwilom życia Poety, całą moją uwagę będę mógł skupić na śledzeniu tej walki. 

Bitwa.
W drodze do Courtalain, pomiędzy Saint-Benoît a Châteaudun dopadają mnie moje własne, “małe" smoki. Latały nad głową jak wściekłe i paliły myśli, jak ogień ciernie. Może był to jakiś pomniejszy gatunek smoków. Bazyliszek? Nie wiem. Jedno, co tego dnia zrozumiałem, co pojąłem, że smoków nie da się ani oswoić ani z nimi negocjować. I że przeciwności, jakie tego dnia stały się moim udziałem, to nie wiejący w twarz wiatr, padająca przez większą część dnia mżawka, czy nękająca chwilami bezsilność.


Tak, ciągnący się przez wiele kilometrów ponury i pusty krajobraz niemal idealnie nadawał się na miejsce symbolicznego zmagania się ze smokiem.
Nawet jeśli miejsca tej walki nie znajdziemy na żadnej z map, a smoka, prawdziwego smoka, nikt nigdy nie widział.